Sitora i Sanjar u Święcickich. Polityk PO przyjął do domu uchodźców

Kilka miesięcy temu poseł PO Marcin Święcicki oświadczył, że „Polska ma moralny obowiązek przyjmowania uchodźców” i zadeklarował na antenie TVP Info, że może przyjąć do własnego domu uciekających przed wojną muzułmanów.

Zrealizował swoją obietnicę i pięć miesięcy temu wspólnie z żoną przyjęli pod swój dach małżeństwo z Tadżykistanu, któremu właśnie urodziła się córeczka. Święciccy mówią o niej, że to ich dziewiąta wnuczka.

Fot.: Marcin Antosiewicz / Newsweek

Koniec września, w warszawskim szpitalu przy Madalińskiego na świat przyszła mała Simin. Ważyła 3,7 kg, miała 53 cm wzrostu. Jej rodzice Sitora i Sanjar przeszli długą drogę, by ich córeczka urodziła się w bezpiecznym miejscu. Ma to jednak swoją cenę. Dziadkowie Simin jeszcze długo nie zobaczą swojej wnuczki. Simin ma na razie dziadków zastępczych.

To były prezydent Warszawy, poseł PO Marcin Święcicki i jego żona Joanna, którzy w maju zdecydowali się przyjąć uchodźców z Tadżykistanu. Święciccy spodziewają się właśnie kolejnej, dziewiątej wnuczki, ale Simin urodziła się przed nią, więc, jak mówią, ich rodzona będzie dziesiątą.

Otwarty dom Święcickich

Gdy na telewizyjnej antenie w gorącej politycznej dyskusji Marcin Święcicki złożył deklarację, że przyjąłby pod swój dach uchodźców, otrzymał e-maila od Fundacji Ocalenie z pytaniem, czy faktycznie zgodzi się przyjąć do domu azylantów. Odpowiedział i poprosił o spotkanie, na którym został poinformowany, jak wygląda procedura przyjęcia do domu uchodźców w ramach programu „Refugees Welcome”.

Dowiedział się, że najpierw muszą wzajemnie się poznać, bo obie strony muszą wyrazić zainteresowanie wspólnym zamieszkaniem. Uchodźcy otrzymują od państwa skromny zasiłek, fundacja zapewnia im bezpłatne kursy językowe i specjalistyczną pomoc, w tym znalezienie mieszkania. Po rozmowie fundacja przeprowadziła wizję lokalną i nieznacznie odnowiła pokój dla przyszłych współlokatorów.

Kiedyś dom Święcickich był pełen ludzi: czworo dzieci, rodzice Joanny, oni dwoje. – Kiedy dzieci się wyprowadziły, a rodzice żony zmarli, w domu zrobiło się pusto – mówi Marcin Święcicki. – U nas zawsze ktoś mieszkał – dodaje Joanna Święcicka, która opowiada nam, że w przeszłości już gościli cudzoziemców: przez rok emigrantów z Gruzji i przez dwa miesiące Ukrainkę, która została ranna na Majdanie.

W ostatnich miesiącach dużo słyszeli o uchodźcach, którzy tygodniami koczują na granicy Brześć-Terespol, by złożyć wniosek o „ochronę międzynarodową” w Polsce. Pięć miesięcy temu dostali relację z tego miejsca z pierwszej ręki.

Ucieczka z Tadżykistanu

Właśnie mija rok od ślubu Sitory (26 lat) i Sanjara (28 lat). Pobrali się pół roku od poznania na konferencji w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Oboje są dziennikarzami. Sitora pracowała w telewizji powiązanej z Islamską Partią Odrodzenia Tadżykistanu (IRPT), przez rok studiowała psychologię w Moskwie i stamtąd przesyłała korespondencje. Musiała jednak wrócić do domu, bo agenci Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego, dawnej KGB (do 1991 roku Tadżykistan był radziecką republiką), ciągle nachodzili jej rodziców.

Ona żądanie powrotu do kraju usłyszała w ambasadzie Tadżykistanu w Moskwie. Wróciła 31 maja 2015 roku. Na lotnisku w Chodżent nie ma hali przylotów. Znajomi i rodzina czekają na pasażerów na ulicy. Na Sitorę czekali agenci kontrwywiadu. Zabrali ją na przesłuchanie. Zeznania za nią napisali funkcjonariusze, ona miała tylko podpisać.

To częsta praktyka służb w Tadżykistanie. Z zeznań dowiedziała się, że przyznaje się do tego jakoby była podwójną agentką: partii IRPT i tadżyckiego kontrwywiadu i zeznaje, że pod Moskwą widziała obóz Islamskiej Partii Odrodzenia, w którym trenują jej terroryści. Odmówiła podpisania sfałszowanych zeznań. Nigdy nie była członkinią IRPT. Partia, według ekspertów warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, opowiada się za świecką modernizacją państwa z poszanowaniem wartości islamskich, przez lata była jedyną liczącą się partią opozycyjną w Tadżykistanie.

Kiedy w wyborach 2015 roku Islamska Partia Odrodzenia Tadżykistanu nie weszła do parlamentu, władze uznały ją za organizację terrorystyczną i zdelegalizowały, zarzucając jej związki z ekstremistami. Tak autorytarny reżim prezydenta Emomali Rahmona, który stoi na czele państwa od 1994 roku, rozprawia się z opozycją. Telewizja, gdzie pracowała Sitora, została zamknięta.

Ona trafiła na czarną listę i nie dostała już pracy w dziennikarstwie. Została tłumaczką z rosyjskiego, organizowała koncerty, ostatnio zajmowała się marketingiem w teatrze. Mimo to „wizyty KGB” się nie skończyły. Sitora konsekwentnie w naszej rozmowie funkcjonariuszy kontrwywiadu nazywa „KGB”.

Sanjar miał spokój od służb aż do czasu, kiedy ożenił się z Sitorą. Pracował w pierwszym kanale państwowej telewizji TVT i przed ślubem nie miał żadnych problemów z władzami. Po ślubie agenci „KGB” chcieli, żeby nakłonił żonę do złożenia zeznań obciążających jej telewizyjnych kolegów. Odmówił. Dostał kilka razy wezwanie na przesłuchanie. Funkcjonariusze próbowali go zastraszyć. Nie zmienił zdania.

10 dni po ślubie wyrzucili go z telewizji. Groźby „KGB” jednak nie ustały. W marcu tego roku Sanjar usłyszał, że jeśli żona nie spełni oczekiwań służb, to już jej nigdy nie zobaczy. W Tadżykistanie to może znaczyć wszystko: aresztowanie albo zniknięcie w niewyjaśnionych okolicznościach. Wtedy już wiedzieli, że spodziewają się dziecka, że pod koniec września na świat ma przyjść Simin, dlatego podjęli decyzję o ucieczce z kraju.

Share